Pozory mylą, dowód nie

Stare zdjęcia

  • Stare Zdjęcia z Kęt
Wspomnienie o Władysławie Droździku
piątek, 26 lutego 2010 14:02
Image

Stał się częścią ukochanej przez siebie historii

 

Pod swoimi tekstami w „Kęczaninie” podpisywał się Osiadły, bo nie był rodowitym mieszkańcem Kęt. Razem z rodzicami przeniósł się tutaj z Międzybrodzia, w czasach gdy powstawała zapora i jezioro. Gdyby zastosować tutejszą, kęcką miarę kęckości, to można by Władysława Droździka nazwać „krzakiem”, w odróżnieniu od „ptaków” - przelotnych kęczan i „pniaków” - związanych z miastem przez pokolenia przodków. Władysław Droździk przez dziesiątki lat zapuszczał tutaj swoje korzenie, wrastał w to miasto, ucząc kolejne pokolenia licealistów i odkrywając przed nami naszą małą ojczyznę. To On, przybysz z gór, najpierw pokazał nam, że historia Kęt jest fascynująca, potem zaraził nas swoją pasją, a dziś sam stał się częścią dziejów tego miasta.

W lutym minęła dziesiąta rocznica śmierci Profesora. Był nie tylko naszym polonistą, ale przede wszystkim - autorytetem, wyrocznią, a jego zdanie i ocena naszych poczynań była zawsze najważniejsza. Niektóre lekcje, a nawet wypełniające je czasem płomienne, improwizowane felietony i eseje wygłaszane przez Profesora, pamięta się latami.

Byliśmy w drugiej klasie liceum, gdy Kęty obchodziły swoje 700-lecie i do naszych rąk trafiła pierwsza książka o ich historii – „Z dziejów Kęt”. To było odkrycie, bo wcześniej większość z nas myślała, że nasz Profesor jest tylko polonistą, a tu mamy historyka. Ale jeszcze większym odkryciem była sama historia, bo jeśli wcześniej myśleliśmy, że jeśli wiatr historii gdzieś tam wiał, to raczej nie tu. Tu w Kętach nic się nie działo, bo i co się mogło się dziać w takim małym mieście, gdzieś na krańcach Polski. I nagle Władysław Droździk pokazał nam, że nasze miasto bywało w samym centrum wydarzeń, że bez naszej lokalnej historii nie byłoby tej większej, że bywali tu wielcy Polacy i działy się niesamowite rzeczy.

Nie potrafię zliczyć, ile razy sięgałem po tę książkę, ile razy szperałem w niej za jakąś wiadomością. I co tu kryć, do dziś jest to jedyna monografia miasta. Oczywiście już teraz uzupełnia ją sporo innych publikacji, ale też każda z nich obejmuje tylko fragment, nie całość dziejów Kęt. Wśród tych prac wiele wyszło również spod pióra Władysława Droździka, bo przez całe życie wciąż szukał, drążył, zbierał i gromadził wszystkie wiadomości z jakich kawałek po kawałku można było składać naszą przeszłość. Ani przed nim, a ni po nim nie było nikogo, kto robiłby to z porównywalną pasją i znajomością rzeczy.

Sam Profesor mawiał czasem o swym „niefortunnym wyborze studiów polonistycznych” po maturze zdanej z wyróżnieniem. Przyznawał, że dopiero w dojrzałym wieku zrozumiał, iż bardziej pociągały go historia i prawo.
Żona Profesora, pani Irena Droździk wspominała kiedyś, że ich spacery po Kętach to były nie tylko peregrynacje w przestrzeni, ale też w czasie, bo  jej mąż znał niemal każdy dom i jego historię. Potrafił podczas takich spacerów opowiadać o ludziach i wydarzeniach sprzed wielu lat. Zawdzięczał to zamiłowaniu do słuchania i niezwykłej pamięci, w której przechowywał te zasłyszane historie. Każdy spacer był więc fascynującą wycieczką w przeszłość.

ImageKiedy już po studiach byłem nauczycielem w szkole, której dyrektorował, zdarzało mi się rozmawiać z Władysławem Droździkiem o tych właśnie historiach. Przede wszystkim słuchałem, bo to ja mogłem być beneficjentem takich rozmów. Z czasem i mnie się zdarzało wyłożyć jakąś koncepcję i wtedy byłem ciekaw opinii Profesora. Zawsze z zaciekawieniem słuchał, a potem pokazywał mi mocną i słabą stronę przedstawionego mu pomysłu. Był nawet taki wspólny projekt, abyśmy razem odtworzyli kęcki Rynek w czasach, gdy był jeszcze drewniany. Władysław Droździk miał panować nad faktami, ja – jako rysownik – miałem odtworzyć domniemany wygląd takiego Rynku. Planowaliśmy i tak nam schodziło, a ja zajęty innymi sprawami odkładałem to zadanie, aż przyszła choroba Profesora, a potem w 2000 roku odszedł od nas na zawsze. Nie mogłem sobie darować… Kilka lat temu sam zrobiłem to, co mieliśmy zrobić razem, ale wiem, że to tylko namiastka tego, co pokazalibyśmy z Profesorem.

Ile razy piszę o jakiejś kęckiej historii, tyle razy szperam w książkach, wycinkach z artykułami, publikacjach, które pozostawił po sobie Władysław Droździk. Dla osoby zainteresowanej historią Kęt są bezcenne. Szczególnie wysoko cenię sobie książkę „Cmentarze i groby w Kętach”, bo zawiera dziesiątki rzetelnych i bardzo ciekawych not biograficznych znamienitych kęczan, którzy spoczęli na naszym cmentarzu. Trzeba było wielu lat skrupulatnej pracy, benedyktyńskiej cierpliwości i pracowitości, aby to wszystko zebrać i opisać. I taki był właśnie Władysław Droździk.

Trzeba też pamiętać, że przez 30 lat Władysław Droździk był nauczycielem języka polskiego w LO im. Stanisława Wyspiańskiego, a w latach 80. również jego dyrektorem. Wychował kilka pokoleń kęckiej inteligencji. Już na emeryturze, ale wciąż zaangażowany w sprawy miasta, współtworzył „Kęczanina”. Przez wiele lat pisywał do niego teksty, które do dziś należą do najcenniejszych publikacji w naszej lokalnej gazecie. To on ogniskował inicjatywę powstawania, a potem animował wieloletnie funkcjonowanie Towarzystwa Miłośników Kęt. I wreszcie rzecz bezcenna: zainicjował i stworzył „Almanach Kęcki” – wydawnictwo, które nie ma sobie równych w Małopolsce. Wyrosło z „Biuletynu Kulturalnego”, jaki Władysław Droździk wraz z tutejszą inteligencją wydawał w latach 80. Pomiędzy tymi dwoma wydawnictwami, jakby w poszukiwaniu formy, pojawił się „Kalendarz Kęcki”, również cenny i ciekawy, ale dopiero „Almanach” stał się osią, wokół której do dziś tworzy się życie intelektualne w Kętach.

Kiedy zabrakło Władysława Droździka trud redagowania i wydawania „Almanachu” – jak i prowadzenia TMK – podjęła żona Profesora, pani Irena Droździk. I choć dziś przekazała już redakcję Zbigniewowi Matejce, to wciąż w „Almanachu” czuje się klimat, jaki stworzyli Państwo Droździkowie.

Władysław Droździk zmarł 10 lat temu, ale kiedy rozmawia się o Nim w gronie ludzi zajętych sprawami Kęt, wciąż jest przywoływana Jego postać. Odszedł od nas do historii, którą tak kochał, a my winni mu jesteśmy pamięć, bo Jego pamięć tutejszych dziejów przez tyle lat była dla nas wsparciem.
Marek Nycz